„Philly Kid” z 2012 roku ma wszystko, czego potrzeba do nieskomplikowanego kina sportowego: zawodnika z trudną przeszłością, dług do spłacenia i walkę, która znaczy więcej niż wynik na tablicy. Jason Connery sprawnie korzysta z tych składników, ale rzadko próbuje nadać im własny smak. To film oglądany bez większego wysiłku, który potrafi na chwilę podnieść puls, choć równie łatwo znika z pamięci.

O czym jest „Philly Kid”?
Dillon wychodzi z więzienia i chciałby odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Zamiast spokojnego początku dostaje jednak problemy przyjaciela oraz propozycję zarabiania na walkach w klatce. Powrót do sportu nie jest więc romantycznym spełnieniem marzeń, lecz próbą wydostania się z kolejnej pułapki. Ten punkt wyjścia daje historii trochę ciężaru. Bohater ma powód, by wejść na ring, a kolejne starcia nie odbywają się zupełnie w oderwaniu od jego sytuacji.
Co działa, a co rozczarowuje?
Najlepiej wypada sama fizyczność. Wes Chatham przekonuje jako człowiek, który potrafi przyjąć cios i odpowiedzieć przeciwnikowi. Nie potrzebuje wielkich przemówień, żeby sprzedać zmęczenie, upór czy nieufność. W scenach pojedynków film zyskuje konkretny cel i bardziej zdecydowany rytm. Podoba mi się również, że nie próbuje za wszelką cenę zmienić zawodnika w niezwyciężonego superbohatera. Ciało ma tu swoją wagę, a przemoc przynajmniej przez część czasu oznacza rzeczywisty koszt.
Gorzej wygląda to, co dzieje się pomiędzy walkami. Scenariusz ustawia postacie według dobrze znanych funkcji: ktoś wpędza bohatera w kłopoty, ktoś chce nim sterować, ktoś daje mu nadzieję na normalność. Relacje nie rozwijają się na tyle ciekawie, żeby zaskoczyć. Zamiast ludzi o sprzecznych motywacjach często widzę elementy mechanizmu prowadzącego do następnego pojedynku. Nawet gdy pojawia się możliwość mocniejszego dramatu o odzyskiwaniu wolności, historia wraca na bezpieczny, przewidywalny tor.

Nie oczekuję od każdego filmu o MMA nowego „Rocky’ego”. W takiej opowieści wystarczy dobrze rozpisana więź z bohaterem i kilka scen, w których naprawdę zależy nam na wyniku. „Philly Kid” osiąga to tylko częściowo. Rozumiem stawkę, ale rzadko czuję ją mocniej. Przydałoby się mniej skrótów w portretowaniu otoczenia Dillona i więcej zwyczajnych chwil pokazujących, jak trudno zbudować życie po odsiadce. Wtedy sportowa część mogłaby wybrzmieć znacznie lepiej. Sportowa stawka zyskuje najwięcej wtedy, gdy naprawdę wynika z pozaringowych decyzji Dillona.
Czy warto obejrzeć „Philly Kid”?
Komu polecam ten film? Przede wszystkim widzom szukającym prostego dramatu sportowego z sensacyjnym dodatkiem. Jeśli najważniejsze są dla Was pojedynki i motyw drugiej szansy, znajdziecie tu wystarczająco dużo powodów do seansu. Jeśli liczycie na psychologiczną głębię albo fabularne niespodzianki, apetyt pozostanie niezaspokojony. Dla mnie „Philly Kid” kończy dokładnie pośrodku skali: solidny w ruchu, znacznie mniej przekonujący w rozmowie. Ostatecznie widzę tu zarówno energię, jak i wyraźne ograniczenia.
Tytuł oryginalny: The Philly Kid. Reżyseria: Jason Connery. Rok: 2012. Źródło danych o filmie.
Moja ocena: 5/10.
